Lechia Gdańsk odniosła pierwsze zwycięstwo w tym sezonie ligowym przed własną publicznością. W zaległym spotkaniu IV kolejki biało-zieloni pokonali ŁKS Łódź 1:0 (1:0). Styl ich gry był jednak fatalny.
Bramka: Tomasz Moskal (25-głową).
Żółte kartki: Piotr Jacyna i Jarosław Chwastek (obaj Lechia) oraz Rodrigo Nascimento i Robert Sierant (obaj ŁKS). Sędziował Andrzej Kozłowski (Poznań). Widzów 3000.
- Ale bojaźliwe dupki – krzyknął pod koniec spotkania prezes Lechii/Polonii, Jerzy Borowczak pod adresem swoich zawodników. To właściwie może wystarczyć za komentarz do całego spotkania. Tak słabego meczu przy Traugutta dawno nie oglądano.
- W poprzednim sezonie graliśmy takie spotkanie u siebie z kielecką Koroną – mówił kapitan Lechii, Robert Kugiel. – Wtedy wygraliśmy 2:0 po podobnie słabej grze. Sam nie wiem, co się z nami dzieje.
Nie wie też chyba trener Romuald Szukiełowicz, który nie umiał wytłumaczyć indolencji swoich podopiecznych. Dziwił się, że niektórzy gracze ze sporym przecież obyciem ligowym mogą popełniać takie błędy. Dotyczyło to przede wszystkim Jarosława Chwastka, Piotra Jacyny i Andrzeja Zięby.
Gdańszczanie zanotowali mnóstwo strat, grali niedokładnie, pressing – to dla nich obce słowo. Jedynie po przerwie, w ciągu kwadransa, zaprezentowali futbol na dobrym poziomie.
Wtedy to odnotowaliśmy groźne strzały Dariusza Preisa, Tomasza Borkowskiego i Bartosza Skierki (głową). Szczególnie ten drugi był bliski szczęścia, gdy po jego uderzeniu z 30 metrów piłka otarła się o poprzeczkę. Lechia nawet strzeliła w tym okresie bramkę. Po składnej akcji i dograniu Marcina Kubsika, Kugiel – leżąc na ziemi – wpakował piłkę do siatki. Sędzia dopatrzył się jednak zagrania ręką gdańskiego napastnika i gola nie uznał.
Ten gol pewnie rozstrzygnąłby ostatecznie jego losy, a tak gdańscy kibice musieli do końca drżeć o wynik. Tym bardziej, że goście bardzo groźnie atakowali, po kontrach prokurowanych najczęściej przez gdańszczan. W 61 min bardzo mocno uderzył z 16 metrów Marcio Baiva. Piłka odbiła się rykoszetem od Marcina Klaczki i niechybnie wpadłaby do siatki, gdyby nie refleks Krzysztofa Pilarza. Gdański bramkarz nie mógł już sięgnąć futbolówki rękami, ale wystawił w ostatniej chwili nogę i skończyło się na rzucie rożnym.
Tuż przed zakończeniem spotkania, po kolejnej kontrze łodzian (w ich składzie znajdowało się aż 6 zawodników z kadry Michała Globisza), Baiva zagrał do Michała Białasa, który uderzał z 12 metrów. Pilarz wyciągnął się jak struna i znów był tylko rzut rożny.
- Po tym meczu cała premia należy się Krzyśkowi – powiedział po meczu Szukiełowicz.
Do zwycięstwa dołożył się jeszcze Tomasz Moskal, który zdobył zwycięskiego gola. Po ładnym dośrodkowaniu Zięby, napastnik Lechii idealnie złożył się do strzału głową i wpakował piłkę do siatki tuż przy słupku. Było to jednak jedno z nielicznych udanych zagrań obu tych graczy w tym meczu.
Na stadion zawitała kilkudziesięcioosobowa grupa sympatyków ŁKS, chronionych przez nadzwyczaj liczne siły policyjne. Łodzianie wybrali dość oryginalny sposób oglądania meczu. Weszli na stadion tuż przed przerwą, a wyszli kilka minut przed jego końcem.
Autor artykułu: (kast)