Jarosław D. i Leszek B., biznesmeni z Gdańska, widzieli, że radiowóz, który ich minął, a później wjechał w taksówkę, był bez świateł. Zeznali tak przed prokuratorem. Po dwóch latach gdański sąd skazał ich za składanie fałszywych
zeznań.
Wyrok – po 1200 złotych grzywny – zbulwersował opinię publiczną i środowisko prawnicze. Mecenas Zdzisław Kłonkowski, obrońca skazanych, powiedział nam wczoraj, że złożył już wniosek o wydanie pisemnego uzasadnienia wyroku. To pierwszy krok do apelacji.
12 października 1998 roku, tuż przed północą, Daewoo zderzył się z policyjnym Volkswagenem. Kierujący taksówką Jan O. nie zatrzymał się przed znakiem stop. Nie przeżył wypadku. Według Jarosława D. i Leszka B., policjanci jechali zbyt szybko i nie mieli włączonych świateł. Prokuratura oparła się na wykonanych dwa miesiące po wypadku badaniach biegłych, z których wynikało, że światła radiowozu były w chwili wypadku włączone. Zeznający na niekorzyść policjantów mężczyźni zostali oskarżeni o składanie fałszywych zeznań.
- Ośmieszyliśmy nasz urząd – powiedział nam pragnący zachować anonimowość prokurator. – Myślałem, że sąd się opamięta i nie dojdzie do kompromitacji.
Po opublikowaniu tekstu o wyroku w redakcji “Dziennika” urywały się telefony. Dzwoniący chcieli wyrazić swoje oburzenie decyzją sądu.
- Jestem znajomą rodziny B. – powiedziała nam jedna z Czytelniczek. – Kiedy Jarek i Leszek decydowali się powiedzieć o tym, co widzieli, byliśmy dumni z ich postawy. Teraz nie wiemy, jak z nimi rozmawiać. Przeżywają piekło.
Po wydaniu wyroku skazani powtarzali dziennikarzom: – To skandal. Nie można wierzyć sądom ani prokuraturze, nie można wierzyć w sprawiedliwość.
Uzasadniając wyrok sędzia Iwona Błaszczyk przyznała, że motyw działania obu oskarżonych jest niemożliwy do ustalenia. Nie byli w żaden sposób związani z taksówkarzem, nie mieli zatargów z policją. Według sędzi Błaszczyk, o ich winie świadczą ekspertyzy biegłych, więc muszą ponieść karę za kłamstwo. To, że nie skazano ich na rok więzienia w zawieszeniu, czego domagał się prokurator, Jarosław D. i Leszek B. zawdzięczają tylko temu, iż nie byli wcześniej karani.
Prokurator oskarżający biznesmenów odmówił rozmowy z dziennikarzami.
- Ta sprawa ma dla mnie oczywisty wymiar – powiedział nam jeden z prawników. – Chodzi o obronę dobrego imienia policji. Za wszelką cenę. (wrób)
Świadkowie widzieli, jak doszło do tego wypadku. Sąd im nie uwierzył i skazał za składanie fałszywych zeznań.
Fot. Robert Kwiatek/archiwum
Ludzie odwrócą głowy
Fot. Robert Kwiatek
Rozmowa z mec. Zdzisławem Kłonkowskim, obrońcą Jarosława D. i Leszka B.
- Jakie będą główne argumenty podnoszone przez pana w apelacji?
- Składanie fałszywych zeznań jest przestępstwem umyślnym, aby kogoś skazać, trzeba mu udowodnić, że działał świadomie i miał w tym jakiś interes. W przypadku moich klientów prokurator ani sąd nie potrafiły wykazać i udowodnić takiego zamiaru. Poza tym niedopuszczalne jest, aby sąd opierał wyrok jedynie na opinii biegłego, która na dodatek nie jest jednoznaczna.
- Jak ocenia pan szanse swoich klientów w Sądzie Okręgowym?
- Jestem przekonany, że dojdzie do uniewinnienia. Wyrok Sądu Rejonowego uwłacza wszelkim standardom prawnym.
- Jaki wpływ może mieć, pańskim zdaniem, wyrok sądu na postawę społeczeństwa?
- Katastrofalny. Ludzie będą odwracać głowę jeszcze częściej niż do tej pory. Organa ścigania same podcinają gałąź, na której siedzą.
Rozmawiał Łukasz Wróblewski
Niechętni świadkowie
Fot. Robert Kwiatek
Rozmowa z Mirosławem Ożogiem, prezesem Sądu Okręgowego w Gdańsku
- Czy proces Jarosława D. i Leszka B. był potrzebny z punktu widzenia wymiaru sprawiedliwości?
- Z zasady nie komentuję żadnych spraw przed ich zakończeniem prawomocnym wyrokiem. Prokuratura przedstawiła swoje dowody, obrońca swoje, sąd je rozpatrzył i wydał wyrok. Sędziowie wyższej instancji mogą mieć odmienne zdanie na ten temat i wyrok może się zmienić. To orzeczenie będzie wiążące.
- Jak poważny jest problem składania fałszywych zeznań? Czy świadkowie są w pełni świadomi swoich obowiązków?
- Patrząc na statystyki można powiedzieć, że zjawisko to nie jest nagminne. Fałszywe zeznania nie są problemem społecznym. Zarówno przed sądem, jak i w prokuraturze świadkowie są pouczani. Wiedzą, że zeznają pod przysięgą, wiedzą, co im grozi za świadome kłamstwo.
- Czy Polacy chętnie stawiają się w sądach w charakterze świadków?
- Muszę z przykrością stwierdzić, że nie. Odstraszające są przewlekłe procedury, konieczność kilkakrotnego nieraz przychodzenia do sądu, odpowiadania na dociekliwe pytania. Wiele osób broni się przed tym jak może.
Autor artykułu: Łukasz Wróblewski