Archive for August, 2001

Ostrożny optymizm

Friday, August 31st, 2001

W nadchodzący weekend malborczycy pod wodzą Lecha Strembskiego staną przed kolejną szansą na wywalczenie kompletu punktów. Przeciwnikiem Pomezanii w szóstej kolejce IV ligi będzie tczewska Wisła.

- Nasz rywal gra bardzo nierówno. W jednym tygodniu stawia zacięty opór Cartusi, by w kolejnym meczu wysoko przegrać z mniej renomowanym zespołem – mówi Lech Strembski, szkoleniowiec Pomezanii. – Wynik meczu zależeć będzie zarówno od naszej dyspozycji i konsekwentnej gry w obronie oraz od postawy napastników, który mam nadzieję, że nareszcie się odblokują. Jeśli wszystkie elementy się zazębią nie obawiam się o wynik. Nie powinniśmy przegrać, lecz nie mogę obiecać, że wygramy.

Trener nie przewiduje zmian w wyjściowym składzie zespołu. Tak więc będzie on identyczny jak w ostatnim spotkaniu przeciwko Cartusi. Na boisku od pierwszych minut pojawią się więc: Świderski, Cicherski, Mazurek, Karpiński, Ratajczyk, Czerwiński, Honory, Krawczyk, Machiński, Lauryn i Sokalski.
Dotychczasowe dokonania obu zespołów nie pozwalają na wskazanie zdecydowanego faworyta pojedynku. Pomezania ma na swoim koncie 8 punktów (2 zwycięstwa, 2 remisy i 1 porażka), zaś Wisła 5 pkt (1 zwycięstwo, 2 remisy, 2 porażki).

Malborczycy plasują się na 6 miejscu w tabeli, zaś tczewianie na 11. Na korzyść Pomezanii przemawia również porównanie bilansu bramkowego zespołów. Podopieczni L. Strembskiego w 5 kolejkach stracili tylko dwie bramki, ale zdobyła o jedną więcej. Z kolei tczewianie stracili dotychczas siedem goli, zaś na swoim koncie zapisali cztery celne trafienia.

- Właśnie brak skuteczności napastników jest naszym największym mankamentem – mówi L. Strembski. – Nie wiem gdzie tkwi przyczyna. Żeby plasować się wysoko w tabeli nie wystarczy remisować. Konieczne są zwycięstwa, a ich nie da się wywalczyć bez zdobywania goli.

Autor artykułu: (jeż)

Ostrożny optymizm

Friday, August 31st, 2001

W nadchodzący weekend malborczycy pod wodzą Lecha Strembskiego staną przed kolejną szansą na wywalczenie kompletu punktów. Przeciwnikiem Pomezanii w szóstej kolejce IV ligi będzie tczewska Wisła.

- Nasz rywal gra bardzo nierówno. W jednym tygodniu stawia zacięty opór Cartusi, by w kolejnym meczu wysoko przegrać z mniej renomowanym zespołem – mówi Lech Strembski, szkoleniowiec Pomezanii. – Wynik meczu zależeć będzie zarówno od naszej dyspozycji i konsekwentnej gry w obronie oraz od postawy napastników, który mam nadzieję, że nareszcie się odblokują. Jeśli wszystkie elementy się zazębią nie obawiam się o wynik. Nie powinniśmy przegrać, lecz nie mogę obiecać, że wygramy.

Trener nie przewiduje zmian w wyjściowym składzie zespołu. Tak więc będzie on identyczny jak w ostatnim spotkaniu przeciwko Cartusi. Na boisku od pierwszych minut pojawią się więc: Świderski, Cicherski, Mazurek, Karpiński, Ratajczyk, Czerwiński, Honory, Krawczyk, Machiński, Lauryn i Sokalski.
Dotychczasowe dokonania obu zespołów nie pozwalają na wskazanie zdecydowanego faworyta pojedynku. Pomezania ma na swoim koncie 8 punktów (2 zwycięstwa, 2 remisy i 1 porażka), zaś Wisła 5 pkt (1 zwycięstwo, 2 remisy, 2 porażki).

Malborczycy plasują się na 6 miejscu w tabeli, zaś tczewianie na 11. Na korzyść Pomezanii przemawia również porównanie bilansu bramkowego zespołów. Podopieczni L. Strembskiego w 5 kolejkach stracili tylko dwie bramki, ale zdobyła o jedną więcej. Z kolei tczewianie stracili dotychczas siedem goli, zaś na swoim koncie zapisali cztery celne trafienia.

- Właśnie brak skuteczności napastników jest naszym największym mankamentem – mówi L. Strembski. – Nie wiem gdzie tkwi przyczyna. Żeby plasować się wysoko w tabeli nie wystarczy remisować. Konieczne są zwycięstwa, a ich nie da się wywalczyć bez zdobywania goli.

Autor artykułu: (jeż)

Wyjściem są obligacje

Friday, August 31st, 2001

Zarząd Miasta Kwidzyna zamierza zaproponować Radzie Miasta emisję obligacji komunalnych, z których dochód zostałby przeznaczony na budowę mostu przez Wisłę.

W kontrakcie wojewódzkim zapisano, że każda gmina powiatu kwidzyńskiego miałaby przeznaczyć na budowę mostu 340 tys. zł. Samorządy obawiają się, że nie znajdą w przyszłorocznym budżecie pieniędzy na ten cel.
- Już dziś wiadomo, że gmin po prostu nie stać na to – mówi Włodzimierz Dawidowski, burmistrz Prabut. – Samorządowcy powinni spotkać się w tej sprawie.

Również miasto Kwidzyn szuka pieniędzy na budowę mostu. Planuje zarezerwować w przyszłorocznym budżecie 500 tys. zł.
- To za mało – twierdzi burmistrz Andrzej Krzysztofiak.
Zarząd Miasta Kwidzyna zamierza przekonać radę do emisji obligacji komunalnych. Obecnie trwają poszukiwania banku, który podjąłby się realizacji tego pomysłu. Uzyskane pieniądze przeznaczono by na sfinansowanie budowy mostu oraz obwodnicy.

Dokumentacja będzie gotowa w styczniu przyszłego roku. Okaże się wówczas, jaki będzie rzeczywisty koszt inwestycji. Pomoc w budowie mostu deklaruje także samorząd powiatowy.

  • Nie tylko na most
  • Andrzej Krzysztofiak
  • burmistrz Kwidzyna

    – Szukamy emitenta, który zgodziłby się na wykup obligacji nie szybciej niż po 8-10 latach. Mamy już kilka korzystnych ofert. Coraz więcej samorządów przekonuje się do takiego rozwiązania. Chcemy pieniądze przeznaczyć nie tylko na most na Wiśle, ale i na uporządkowanie sprawy dróg miejskich.

  • Wspólne stanowisko
  • Leszek Czarnobaj
  • starosta kwidzyński

    – Na najbliższej sesji Rady Powiatu chcemy zaproponować projekt uchwały, w której zadeklarujemy włączenie się powiatu w sprawę budowy mostu na Wiśle. Zorganizujemy spotkanie samorządów, aby wypracować wspólne stanowisko w tej sprawie.

    Autor artykułu: (chan)

  • Zacieśniać więzi rodzinne

    Friday, August 31st, 2001

    Więzi rodzinne postanowili odnowić potomkowie Pawła i Józefiny Lew Kiedrowskich, którzy swój pierwszy zjazd zorganizowali na Pażęcach koło Stężycy.

    Członkowie rodu zgromadzili się na dawnym gospodarstwie Antoniego i Heleny Kiedrowskich, które jak podkreślali organizatorzy, było wieloletnim siedliskiem tej rodziny.

    Najlepsze wspomnienia
    - Tutaj w czasie wojny przebywali ludzie, których ścigali okupanci, w tym miejscu także w najtrudniejszych nawet czasach podtrzymywano Polską i Kaszubską tradycję – mówił Franciszek Kiedrowski, organizator i pomysłodawca zjazdu. – Pamiętam dawny wygląd tych domostw, przypominam też sobie swoją drogę do szkoły, która wiodła przez pola.
    Z tą ,osadą Kiedrowskich”, która była naszym domem przez długie lata, wiążą się najlepsze wspomnienia. Myślę, że ten zjazd rodzinny pozwoli nam przypomnieć sobie najpiękniejsze chwile spędzone razem.
    Uroczyste, rodzinne spotkanie Kiedrowskich rozpoczęło się szczególną mszą św. odprawioną w przydomowym zaciszu. Ołtarz polowy ustawiono pod wielkim klonem, który pełnił funkcję swego rodzaju baldachimu. Proboszcz stężyckiej parafii poświęcił też wykonaną w drewnie figurkę Chrystusa Frasobliwego.

    Rodzinne pamiątki
    Przygotowania do tego szczególnego zjazdu zaowocowały niezwykłymi informacjami, jakie udało się zebrać na temat rodu Kiedrowskich. Była prezentacja drzew genealogicznych przygotowanych przez poszczególne rodziny. Z zainteresowaniem przyglądano się pamiątkom rodzinnym, które udało się zgromadzić. Młodzi przedstawiciele rodu Lew Kiedrowskich posadzili drzewa w Alei Potomków. Wykonano też rodzinne zdjęcie.
    - Bardzo dużo wiadomości uzyskałem od mojej matki Heleny Kiedrowskiej, która mimo swego wieku ma wciąż wspaniałą pamięć i wiele spraw udało się dzięki niej wyjaśnić – powiedział Franciszek Kiedrowski.

    Historia rodu Lew Kiedrowskich, do której udało się dotrzeć, sięga 1670 roku. Rodzina ta ma pochodzenie szlacheckie czego dowodzi zaprezentowany przez organizatorów herb. Siedzibą rodu była istniejąca do dzisiaj miejscowość Kiedrowicze w okolicy Bytowa.

    Autor artykułu: (W.D)

    Z Pelplina na Łotwę i Ukrainę

    Friday, August 31st, 2001

    Ciągle jeszcze niewiele jest powodów, dla których Polacy decydują się wyjechać na Wschód. Emilia Januszewska z Pelplina dwa lata spędziła na Łotwie i rok na Ukrainie nauczając języka polskiego w tamtejszych szkołach. Jak sama przyznaje, od dzieciństwa marzyła o tym, aby zwiedzić tereny położone za naszą wschodnią granicą.

    - Mam duszę odkrywcy, lubię przygody i nowe wyzwania – to wynika z mojego charakteru – Poza tym moi przodkowie wywodzą się z Grodna. To pewnie dlatego, odkąd sięgam pamięcią, zawsze ciągnęło mnie, aby poznać tamte tereny, zamieszkujących je ludzi i ich kulturę. Ciekawiło mnie również poszukiwanie śladów polskości na Wschodzie. Nie sądziłam jednak, że moje marzenia zrealizują się w takiej obfitości.
    - Na Łotwę nie pojechałam sama. Towarzyszyła mi córka, która w tym czasie gromadziła materiały do pracy magisterskiej na temat któregoś z kresowych pisarzy. Kraj, do którego dotarłyśmy – można powiedzieć – w wielu dziedzinach dogania Polskę. Jego mieszkańcy uczęszczają na kursy języka łotewskiego, który niegdyś został wyparty przez rosyjski i praktycznie zapomniany. Do znajomości ojczystej mowy przywiązuje się tam obecnie wielką wagę – wyjaśnia E. Januszewska. – Bez niej nie ma co marzyć o atrakcyjnej pracy czy dostaniu się do dobrej szkoły.

    Każdy rodzic pragnie, aby jego dziecko uczyło się w jednej ze szkół łotewskich mających najwyższe notowania w hierarchii szkolnictwa. Warunkiem przyjęcia do takiej placówki oświatowej jest pomyślnie zdany egzamin z języka ojczystego. Uczniowie, którym na egzaminie się nie powiodło, mają do wyboru na terenie całego kraju kilka szkół polskich i rosyjskich oraz jedną żydowską.
    - W ostatnim czasie w polskich szkołach na Łotwie nauczanie języka polskiego ograniczono zaledwie do jednego przedmiotu – żali się polonistka. – Pracownie te są najgorzej wyposażone spośród wszystkich sal lekcyjnych. W pomieszczeniu, w którym prowadziłam zajęcia brakowało nawet porządnej tablicy.

    Bogatsza o doświadczenia dwóch lat nauczania języka polskiego na Łotwie, Emilia Januszewska podpisała kolejny kontrakt nauczycielski dotyczący pracy na Wschodzie. Tym razem była to Ukraina.
    - Wybrałam miejscowość Emilczyn na Żytomierszczyźnie, słusznie sądząc, że pochodzi od mego imienia – Emilia. Na mapie miejscowość wyglądała na sporą. Z przeprowadzonego wywiadu dowiedziałam się, że jest to miasto rejonowe, czyli odpowiednik polskiego powiatu.
    Na przejściu granicznym z Ukrainą żołnierz polski nie mógł wyjść ze zdziwienia, że sama wybiera się samochodem w głąb tego kraju. Przytaczał przykłady, jak to milicja bez powodu zatrzymuje Polaków i karze mandatami. Jechała więc z duszą na ramieniu pilnie zważając na to, by nie popełnić najmniejszego wykroczenia drogowego.
    - Teraz po 10 tysiącach przejechanych kilometrów na Ukrainie mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że kto jeździ zgodnie z przepisami, nie musi się niczego obawiać. Gdy minęłam Łuck i Rowne, skręcając na Emilczyno, odniosłam wrażenie, że tu skończyła się Europa.

    Budynek szkoły prezentował się nieźle, wnętrze czyste, odpowiednio udekorowane rozmaitymi ładnymi gazetkami. Natomiast sekretariat wzbudził moje wielkie zdumienie. Prawie zapomniałam, że tak może wyglądać biuro. Jakaś stara maszyna do pisania, w niej kawałek szarego papieru, liczydło, zniszczona szafa i biurko. Teczkę na dokumenty musiałam dać swoją. Nawiasem mówiąc, wszystkie urzędy w Emilczynie tak wyglądają. Przypomina to obrazy z filmów ukazujących osiedlanie się Polaków po II wojnie światowej.
    Jak się później okazało, Emilczyn leży w jednej z najbiedniejszych części Ukrainy, gdzie brak przemysłu, a ziemie są słabej klasy. Generalnie panuje tam bieda i zacofanie. Dla przykładu nauczyciel zarabia miesięcznie 18 dolarów, dyrektor szkoły 36. Ceny w sklepach są “polskie”.

    Uzupełnienie baku w benzynę równa się jednej pensji nauczycielskiej, dlatego na szosach jest mały ruch. Do widocznej biedy dochodzi słaby stan zdrowia ludności, czego przyczyną jest IV strefa czarnobylska. Bezpośrednio po katastrofie dowożono zdrową żywność, a dzieci spędzały wakacje na Krymie i w Niemczech. Szybko jednak z tego zrezygnowano z uwagi na rozmiar przedsięwzięcia. Nowoczesność do Emilczyna dociera bardzo wolno.
    - Czas zresztą na Ukrainie ma inny wymiar. Szybko musiałam się nauczyć, że ukraińskie 10 minut, to polska godzina, a najczęściej słyszane słowo to “poczekajte”, “spakojno, nie prożywajte” – opowiada Emilia Januszewska o pierwszych dniach spędzonych na Ukrainie.
    W Emilczynie żyje około 840 ludzi, którzy przyznają się do polskiego pochodzenia. Jedni są ze swoich związków krwi dumni i głośno mówią o tym, że babcia była Polką lub dziadek Polakiem, ale oni są Ukraińcami z krwi i kości. Nic zresztą dziwnego. Polskie środowisko na terenach Ukrainy celowo poddane było niszczeniu i asymilacji. Jeszcze do niedawna mowa ojczysta rzadko była używana w rozmowie nawet w rodzinach wyraźnie polskich.

    - Dlatego wychowanie ukraińskich uczniów na lekcjach języka polskiego nie może być wychowaniem małych Polaków – patriotów – twierdzi E. Januszewska. – Wychowanie w duchu polskości musi być sprawą przede wszystkim rodziny. Natomiast uświadomienie młodzieży związku z krajem przodków powinno się ograniczyć do mówienia o wspólnocie europejskiej, słowiańskiej i o wspólnych skarbach kultury.
    Od trzech lat w jednej ze szkół Emilczyna dzieci uczą się języka polskiego przy dużej aprobacie władz miasta, naczelnika kuratorium i dyrektor średniej szkoły nr 2, Haliny Kunaszenko, która nie tylko popiera prawa mniejszości narodowej do nauki języka swoich przodków, ale uważa, że znajomość języka polskiego przyda się każdemu. Na Ukrainie generalnie język polski funkcjonuje na zasadzie dobrowolności. Na kurs polskiego prowadzony przez pelplińską nauczycielkę, oprócz uczniów, uczęszczali dorośli, a także ukraińscy nauczyciele, głównie filolodzy.

    - Miałam szczęście uczyć wspaniałe dzieci – przyznaje E. Januszewska. – Bardzo pilnowały, by nie wypadły im zajęcia, a gdy nie mogły przyjść, prosiły o możliwość uczestniczenia na lekcji w innej grupie. Prawie wszystkie, oprócz swoich podstawowych obowiązków szkolnych, uczęszczają do szkół muzycznych, śpiewają w domu kultury, uczą się języka angielskiego i niemieckiego, i bardzo chcą się uczyć języka polskiego.
    Dla wszystkich chętnych brakuje podręczników, nie ma pomocy naukowych, słowników języka polskiego, słowników ortograficznych i bardzo ważne – jeżeli już nie słowników ukraińsko-polskich, to chociaż rosyjsko-polskich. W Emilczynie praktycznie brakuje wszystkiego, łącznie z papierem, ale, co najważniejsze, jest entuzjazm.
    Na lekcjach polskiego uczniów z każdym dniem przybywało. Przychodzili nawet z drugiej szkoły.
    - Z uwagi na wielkie braki, wolałabym uczyć mniejsze grupy, ale przecież nie można było chętnym odmówić. Osobną moją troską jest inteligentna i pracowita młodzież kończąca szkołę, którą przygotowywałam do egzaminów na uczelnie w Polsce. Oni ciągle marzą o studiach w kraju, są zafascynowani polskością.

    W bibliotekach brak literatury, więc opowiadałam im lektury z kanonu obowiązujących. Była wideoteka, lecz nie było telewizora i odtwarzacza.
    Na przełomie października i listopada ubiegłego roku E. Januszewska gościła u siebie w Pelplinie Halinę Kunaszenko, dyrektorkę emilczyńskiej szkoły, która nigdy nie była w Polsce.
    H. Kunaszenko była gościem w Szkole Podstawowej nr 1 i nr 2 w Pelplinie. “Dwójka” ofiarowała szkole w Emilczynie zestaw komputerowy wycofany z pracowni informatyki. Największym natomiast zaskoczeniem dla naszego gościa była spontaniczna i ekspresowa akcja dyrektora szkoły nr 1, Józefa Wasiuka, który jednego dnia wieczorem w luźnej rozmowie dowiedział się o trudnościach i złym wyposażeniu w środki dydaktyczne szkoły w Emilczynie, a już następnego dnia przygotował w darze, przy aprobacie grona pedagogicznego, zestaw komputerowy z drukarką i niezbędny dla niej papier. Zebrano książki dla najmłodszych uczniów uczących się języka polskiego i ofiarowała potrzebny “Słownik poprawnej polszczyzny”.

    - Nie muszę chyba opisywać, jakie wrażenie w Emilczynie wywołały przekazane przez Pelplin dary, tym bardziej, że była to pierwsza tego rodzaju pomoc z Polski – dodaje E. Januszewska. – Do tej pory uczniowie mając w programie informatykę, uczyli się jej tylko z podręcznika.
    Uczniowie pochodzenia polskiego chcą zbliżenia z krajem ich przodków, ale niewielu ma ku temu okazję. Od trzech lat jedynie 19 ze 120 uczących się języka polskiego ma możliwość wyjazdu na kolonie do Polski. Na Ukrainie uczących się naszego języka jest około 12 tysięcy, więc Ambasada Polska nie może przydzielić więcej miejsc tej szkole.
    - Może warto pomyśleć o jakiejś akcji, wymianie i praktyce językowej dla tej młodzieży – sugeruje nasza rozmówczyni. – Oni naprawdę są tego warci, pełni zapału, mimo braku jak do tej pory ?namacalnej? korzyści ze znajomości naszego języka.
    Względy zdrowotne nie pozwoliły E. Januszewskiej pracować dłużej na Ukrainie, lecz – jak zapewnia – nie zapomni o swoich uczniach z Emilczyna. Zamierza tu, w Pelplinie, dalej organizować pomoc dydaktyczną dla młodzieży, która pragnie poznać język i tradycje swoich przodków.

    Autor artykułu: Anna Gniewkowska-Gracz

    Z Kościerzyny na Białoruś

    Friday, August 31st, 2001

    Grupa młodzieży z Kościerzyny, pod opieką pastora Arkadiusza Rachwalskiego z Kościoła Zielonoświątkowego, podobnie jak w ubiegłym roku przebywała dwa tygodnie na Białorusi, by pracować wśród dzieci i młodzieży.

    Oprócz 6 Kościerzaków do grupy dołączyły również osoby z innych miast w Polsce. Celem wyjazdu, zorganizowanego przez Duszpasterstwo Młodzieży przy Kościele Zielonoświątkowym, było prowadzenie gier i zabaw, przedstawienie kultury naszego kraju i regionu oraz prowadzenie spotkań, uczących jak opierać swoje życie na zasadach zawartych w Biblii.
    W pierwszym tygodniu kościerscy misjonarze byli na obozie dla starszej młodzieży z Mińska i okolic, który znajdował się na wyspie Ostrów nad rzeką Niemen. Drugi tydzień spędzili na obozie położonym 40 km od Mińska niedaleko miejscowości Raków, pracując z dziećmi w wieku od 7 do 17 lat.

    - Na drugim obozie przebywało 180 osób, w tym 87 dzieci z sierocińca – opowiada Arkadiusz Rachwalski. – Kiedy przyjechaliśmy dzieci nas bardzo zaskoczyły. Od razu zaczęły się przytulać, trzymać za ręce, opowiadać o swoim życiu. Było widać, że potrzebowały ciepła.
    Jak mówi Arkadiusz Rachwalski obozowiczom najbardziej podobały się przygotowane przedstawienia, obrazujące m.in. scenki biblijne.
    - Kiedy wyjeżdżaliśmy dzieci bardzo płakały – mówi Julita Rachwalska. – Zdążyliśmy się poznać. To było bardzo wzruszające.

    Autor artykułu: Justyna Sebastianowicz

    Sprawa prywatyzacji Cefarmu

    Thursday, August 30th, 2001

    Trwają rozmowy w sprawie prywatyzacji Przedsiębiorstwa Zaopatrzenia Farmaceutycznego Cefarm w Gdańsku. Inwestorzy starający się o przejęcie firmy po raz drugi spotkali się wczoraj z przedstawicielami wojewody pomorskiego.

    Przypomnijmy, “Dziennik” ujawnił, że przejęciem firmy zainteresowanych jest dwóch prywatnych inwestorów. Zaproponowali załodze, która zawiązała spółkę pracowniczą, bardzo korzystne warunki socjalne, gdyby udało im się przejąć przedsiębiorstwo. Cefarm znajduje się w bardzo złej kondycji finansowej. Część leków będących w jego posiadaniu stanowi zastaw bankowy pod kredyt, jaki firma zaciągnęła w Banku Handlowym. Wypełnienie obietnic przez oferentów zdaniem pełnomocnika zarządcy komisarycznego dodatkowo zagroziłoby przedsiębiorstwu.

    - Negocjacje cały czas są w fazie wstępnej. Kolejna tura rozmów odbędzie się we wrześniu. W tym miesiącu powinny się też zakończyć – informuje Piotr Kałużyński, rzecznik prasowy wojewody.

    Przebieg rozmów jest tajny. Urzędnicy odmawiają udzielenia informacji na ich temat. Wiadomo, że szczególnie uważnie sprawdzona zostanie wiarygodność potencjalnych inwestorów.

    Autor artykułu: (mart)

    Rzucali beczką i tańczyli

    Thursday, August 30th, 2001

    W Turnieju Sołectw, festynie i zabawie ludowej w Starym Polu uczestniczyło 500 osób.
    Imprezę rozpoczęła rywalizacja sołtysów. Potem walczyły o puchar wójta i inne nagrody drużyny z sześciu wsi.

    Organizatorzy przewidzieli konkurencje typowo sportowe i rekreacyjne. Uczestnicy turnieju biegali w sztafecie, rzucali do kosza, wbijali na czas gwoździe, rzucali beczką, podnosili ciężary i przeciągali linę.
    I miejsce i puchar wójta gminy Stare Pole zdobyła drużyna z Ząbrowa. Na II miejscu uplasowali się przedstawiciele sołectwa Stare Pole, a na III pozycji – wsi Kraszewo.

    Puchary zwycięzcom ufundowali także: przewodniczący Rady Gminy i dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury i Sportu.
    - Rywalizacja była ostra, świadczy o tym niewielka różnica punktów, które zdobyli zawodnicy reprezentujący poszczególne miejcowości – mówi Wanda Gojżewska, dyrektor GOKiS w Starym Polu, organizator turnieju.

    Podczas festynu wystąpili: kabaret z Nowego Dworu Gdańskiego, zespół ,Co? To?” ze Starego Pola oraz Krzysztof Łukasiak z Ząbrowa z programem żonglerki. Zabawa taneczna, na życzenie uczestników trwała dłużej niż planowali organizatorzy.

    Autor artykułu: (G.W.)

    Prokom Trefl – Polpharma Pakmet 96:82

    Thursday, August 30th, 2001

    Blisko 350 osób oglądało towarzyskie spotkanie dwóch naszych zespołów koszykarzy. W nowej hali w Sopocie przedstawiciel ekstraklasy, Prokom Trefl, pokonał bez większych kłopotów I-ligowca z aspiracjami awansu, Polpharmę Pakmet Starogard 96:82 (23:12, 27:15, 24:23, 22:32).

    Ten mecz początkowo miał być rozgrywany bez kibiców. Kiedy okazało się, że do Trójmiasta zamierzają przyjechać fani ze Starogardu, decyzja została zmieniona. Wprowadzono nawet sprzedaż biletów, aby pokryć przynajmniej koszty organizacji. Znacznie większy spokój panował na ławce sopockiej. Po drugiej stronie poza trenerem Tadeuszem Hucińskim, niemalże wszyscy nerwowo reagowali na każdą nieprzychylną Polpharmie decyzję sędziów.

    - Niepotrzebnie, bo to nie był mecz o mistrzostwo świata – stwierdził jeden z kibiców.
    Oba zespoły wystąpiły w osłabieniu. W Prokomie zabrakło Chorwata Josipy Vrankovica – w najbliższy poniedziałek rozpoczynają się finały mistrzostw Europy, kontuzjowanego Tomasza Wilczka (skręcona noga w kostce) i Litwina Dariusa Maskoliunasa. Ten ostatni, podobnie jak Vranković, miał grać w Turcji, ale doznał kontuzji pachwiny. W przyszłym tygodniu przyjedzie do Sopotu i tutaj będzie się leczył.

    Z kolei Polpharma musiała sobie radzić bez Wiaczesława Rosnowskiego i Macieja Kowalczyka. Ten ostatni mógł wprawdzie wybiec na parkiet, ale zdaniem trenera Hucińskiego, byłoby to przedwczesne. – Od piątku do niedzieli wystąpimy w turnieju w Słupsku. Lepiej, aby Kowalczyk jeszcze odpoczął – stwierdził Huciński. – Dziękuję przedstawicielom Trefla, że mogliśmy zagrać. Zauważyłem mankamenty, które w najbliższym czasie musimy wyelimnować.

    Autor artykułu: Maciej Polny

    Idea Gdynia Sailing Days

    Wednesday, August 29th, 2001

    Sztormowa pogoda, deszcz i wiatr wiejący z siłą 7-8 stopni w skali B. powitały żeglarzy w pierwszym dniu regat Idea Gdynia Failig Days.

    Wieczorem odbyła się ceremonia otwarcia. Na niej Mateusz Kusznierewicz odebrał nagrodę za zwycięstwo w plebiscycie Stowarzyszenia Żeglarstwa Regatowego na najlepszego polskiego żeglarza XX wieku. Była też nagroda dla żeglarza kultowego. Otrzymał ją Zygfryd Perlicki z Gdyni.

    W ekstremalnych warunkach na wodzie swoją klasę potwierdzali faworyci. Kusznierewicz wygrał trzy wyścigi i został zdecydowanym liderem w klasie Finn. Dwa razy na pierwszym miejscu linię mety mijał mistrz Europy w klasie Laser, Maciej Grabowski. Paweł Kacprowski z Pawłem Kuźmickim po dwóch zwycięstwach i jednym drugim miejscu usadowili się na pozycji liderów w najbardziej widowiskowych regatach klasy 49er. Markowi Chocianowi i Zdzisławowi Staniulowi (YKP Gdynia) podobnie jak dwóm innym załogom nie udało się ukończyć żadnego z trzech wyścigów. Tomasz Stańczak i Tomasz Jakubiak po dwóch zwycięstwach i jednym piątym miejscu otwierają listę klasyfikacyjną załóg w klasie 470. W rywalizacji jachtów pełnomorskich prowadzi “Aquilla” pod Czesławem Perickim przed “Scorpio” dowodzonym przez Adama Selonke.

    Autor artykułu: (sus)