Ciągle jeszcze niewiele jest powodów, dla których Polacy decydują się wyjechać na Wschód. Emilia Januszewska z Pelplina dwa lata spędziła na Łotwie i rok na Ukrainie nauczając języka polskiego w tamtejszych szkołach. Jak sama przyznaje, od dzieciństwa marzyła o tym, aby zwiedzić tereny położone za naszą wschodnią granicą.
- Mam duszę odkrywcy, lubię przygody i nowe wyzwania – to wynika z mojego charakteru – Poza tym moi przodkowie wywodzą się z Grodna. To pewnie dlatego, odkąd sięgam pamięcią, zawsze ciągnęło mnie, aby poznać tamte tereny, zamieszkujących je ludzi i ich kulturę. Ciekawiło mnie również poszukiwanie śladów polskości na Wschodzie. Nie sądziłam jednak, że moje marzenia zrealizują się w takiej obfitości.
- Na Łotwę nie pojechałam sama. Towarzyszyła mi córka, która w tym czasie gromadziła materiały do pracy magisterskiej na temat któregoś z kresowych pisarzy. Kraj, do którego dotarłyśmy – można powiedzieć – w wielu dziedzinach dogania Polskę. Jego mieszkańcy uczęszczają na kursy języka łotewskiego, który niegdyś został wyparty przez rosyjski i praktycznie zapomniany. Do znajomości ojczystej mowy przywiązuje się tam obecnie wielką wagę – wyjaśnia E. Januszewska. – Bez niej nie ma co marzyć o atrakcyjnej pracy czy dostaniu się do dobrej szkoły.
Każdy rodzic pragnie, aby jego dziecko uczyło się w jednej ze szkół łotewskich mających najwyższe notowania w hierarchii szkolnictwa. Warunkiem przyjęcia do takiej placówki oświatowej jest pomyślnie zdany egzamin z języka ojczystego. Uczniowie, którym na egzaminie się nie powiodło, mają do wyboru na terenie całego kraju kilka szkół polskich i rosyjskich oraz jedną żydowską.
- W ostatnim czasie w polskich szkołach na Łotwie nauczanie języka polskiego ograniczono zaledwie do jednego przedmiotu – żali się polonistka. – Pracownie te są najgorzej wyposażone spośród wszystkich sal lekcyjnych. W pomieszczeniu, w którym prowadziłam zajęcia brakowało nawet porządnej tablicy.
Bogatsza o doświadczenia dwóch lat nauczania języka polskiego na Łotwie, Emilia Januszewska podpisała kolejny kontrakt nauczycielski dotyczący pracy na Wschodzie. Tym razem była to Ukraina.
- Wybrałam miejscowość Emilczyn na Żytomierszczyźnie, słusznie sądząc, że pochodzi od mego imienia – Emilia. Na mapie miejscowość wyglądała na sporą. Z przeprowadzonego wywiadu dowiedziałam się, że jest to miasto rejonowe, czyli odpowiednik polskiego powiatu.
Na przejściu granicznym z Ukrainą żołnierz polski nie mógł wyjść ze zdziwienia, że sama wybiera się samochodem w głąb tego kraju. Przytaczał przykłady, jak to milicja bez powodu zatrzymuje Polaków i karze mandatami. Jechała więc z duszą na ramieniu pilnie zważając na to, by nie popełnić najmniejszego wykroczenia drogowego.
- Teraz po 10 tysiącach przejechanych kilometrów na Ukrainie mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że kto jeździ zgodnie z przepisami, nie musi się niczego obawiać. Gdy minęłam Łuck i Rowne, skręcając na Emilczyno, odniosłam wrażenie, że tu skończyła się Europa.
Budynek szkoły prezentował się nieźle, wnętrze czyste, odpowiednio udekorowane rozmaitymi ładnymi gazetkami. Natomiast sekretariat wzbudził moje wielkie zdumienie. Prawie zapomniałam, że tak może wyglądać biuro. Jakaś stara maszyna do pisania, w niej kawałek szarego papieru, liczydło, zniszczona szafa i biurko. Teczkę na dokumenty musiałam dać swoją. Nawiasem mówiąc, wszystkie urzędy w Emilczynie tak wyglądają. Przypomina to obrazy z filmów ukazujących osiedlanie się Polaków po II wojnie światowej.
Jak się później okazało, Emilczyn leży w jednej z najbiedniejszych części Ukrainy, gdzie brak przemysłu, a ziemie są słabej klasy. Generalnie panuje tam bieda i zacofanie. Dla przykładu nauczyciel zarabia miesięcznie 18 dolarów, dyrektor szkoły 36. Ceny w sklepach są “polskie”.
Uzupełnienie baku w benzynę równa się jednej pensji nauczycielskiej, dlatego na szosach jest mały ruch. Do widocznej biedy dochodzi słaby stan zdrowia ludności, czego przyczyną jest IV strefa czarnobylska. Bezpośrednio po katastrofie dowożono zdrową żywność, a dzieci spędzały wakacje na Krymie i w Niemczech. Szybko jednak z tego zrezygnowano z uwagi na rozmiar przedsięwzięcia. Nowoczesność do Emilczyna dociera bardzo wolno.
- Czas zresztą na Ukrainie ma inny wymiar. Szybko musiałam się nauczyć, że ukraińskie 10 minut, to polska godzina, a najczęściej słyszane słowo to “poczekajte”, “spakojno, nie prożywajte” – opowiada Emilia Januszewska o pierwszych dniach spędzonych na Ukrainie.
W Emilczynie żyje około 840 ludzi, którzy przyznają się do polskiego pochodzenia. Jedni są ze swoich związków krwi dumni i głośno mówią o tym, że babcia była Polką lub dziadek Polakiem, ale oni są Ukraińcami z krwi i kości. Nic zresztą dziwnego. Polskie środowisko na terenach Ukrainy celowo poddane było niszczeniu i asymilacji. Jeszcze do niedawna mowa ojczysta rzadko była używana w rozmowie nawet w rodzinach wyraźnie polskich.
- Dlatego wychowanie ukraińskich uczniów na lekcjach języka polskiego nie może być wychowaniem małych Polaków – patriotów – twierdzi E. Januszewska. – Wychowanie w duchu polskości musi być sprawą przede wszystkim rodziny. Natomiast uświadomienie młodzieży związku z krajem przodków powinno się ograniczyć do mówienia o wspólnocie europejskiej, słowiańskiej i o wspólnych skarbach kultury.
Od trzech lat w jednej ze szkół Emilczyna dzieci uczą się języka polskiego przy dużej aprobacie władz miasta, naczelnika kuratorium i dyrektor średniej szkoły nr 2, Haliny Kunaszenko, która nie tylko popiera prawa mniejszości narodowej do nauki języka swoich przodków, ale uważa, że znajomość języka polskiego przyda się każdemu. Na Ukrainie generalnie język polski funkcjonuje na zasadzie dobrowolności. Na kurs polskiego prowadzony przez pelplińską nauczycielkę, oprócz uczniów, uczęszczali dorośli, a także ukraińscy nauczyciele, głównie filolodzy.
- Miałam szczęście uczyć wspaniałe dzieci – przyznaje E. Januszewska. – Bardzo pilnowały, by nie wypadły im zajęcia, a gdy nie mogły przyjść, prosiły o możliwość uczestniczenia na lekcji w innej grupie. Prawie wszystkie, oprócz swoich podstawowych obowiązków szkolnych, uczęszczają do szkół muzycznych, śpiewają w domu kultury, uczą się języka angielskiego i niemieckiego, i bardzo chcą się uczyć języka polskiego.
Dla wszystkich chętnych brakuje podręczników, nie ma pomocy naukowych, słowników języka polskiego, słowników ortograficznych i bardzo ważne – jeżeli już nie słowników ukraińsko-polskich, to chociaż rosyjsko-polskich. W Emilczynie praktycznie brakuje wszystkiego, łącznie z papierem, ale, co najważniejsze, jest entuzjazm.
Na lekcjach polskiego uczniów z każdym dniem przybywało. Przychodzili nawet z drugiej szkoły.
- Z uwagi na wielkie braki, wolałabym uczyć mniejsze grupy, ale przecież nie można było chętnym odmówić. Osobną moją troską jest inteligentna i pracowita młodzież kończąca szkołę, którą przygotowywałam do egzaminów na uczelnie w Polsce. Oni ciągle marzą o studiach w kraju, są zafascynowani polskością.
W bibliotekach brak literatury, więc opowiadałam im lektury z kanonu obowiązujących. Była wideoteka, lecz nie było telewizora i odtwarzacza.
Na przełomie października i listopada ubiegłego roku E. Januszewska gościła u siebie w Pelplinie Halinę Kunaszenko, dyrektorkę emilczyńskiej szkoły, która nigdy nie była w Polsce.
H. Kunaszenko była gościem w Szkole Podstawowej nr 1 i nr 2 w Pelplinie. “Dwójka” ofiarowała szkole w Emilczynie zestaw komputerowy wycofany z pracowni informatyki. Największym natomiast zaskoczeniem dla naszego gościa była spontaniczna i ekspresowa akcja dyrektora szkoły nr 1, Józefa Wasiuka, który jednego dnia wieczorem w luźnej rozmowie dowiedział się o trudnościach i złym wyposażeniu w środki dydaktyczne szkoły w Emilczynie, a już następnego dnia przygotował w darze, przy aprobacie grona pedagogicznego, zestaw komputerowy z drukarką i niezbędny dla niej papier. Zebrano książki dla najmłodszych uczniów uczących się języka polskiego i ofiarowała potrzebny “Słownik poprawnej polszczyzny”.
- Nie muszę chyba opisywać, jakie wrażenie w Emilczynie wywołały przekazane przez Pelplin dary, tym bardziej, że była to pierwsza tego rodzaju pomoc z Polski – dodaje E. Januszewska. – Do tej pory uczniowie mając w programie informatykę, uczyli się jej tylko z podręcznika.
Uczniowie pochodzenia polskiego chcą zbliżenia z krajem ich przodków, ale niewielu ma ku temu okazję. Od trzech lat jedynie 19 ze 120 uczących się języka polskiego ma możliwość wyjazdu na kolonie do Polski. Na Ukrainie uczących się naszego języka jest około 12 tysięcy, więc Ambasada Polska nie może przydzielić więcej miejsc tej szkole.
- Może warto pomyśleć o jakiejś akcji, wymianie i praktyce językowej dla tej młodzieży – sugeruje nasza rozmówczyni. – Oni naprawdę są tego warci, pełni zapału, mimo braku jak do tej pory ?namacalnej? korzyści ze znajomości naszego języka.
Względy zdrowotne nie pozwoliły E. Januszewskiej pracować dłużej na Ukrainie, lecz – jak zapewnia – nie zapomni o swoich uczniach z Emilczyna. Zamierza tu, w Pelplinie, dalej organizować pomoc dydaktyczną dla młodzieży, która pragnie poznać język i tradycje swoich przodków.
Autor artykułu: Anna Gniewkowska-Gracz